Trudne relacje

Rzeczywistością niemal utopijną byłoby, gdyby wokół nas, w kręgu naszych relacji międzyludzkich były tylko osoby, które nas rozumieją, podzielają nasze poglądy, mają podobne wartości. Świat, w którym żyjemy, jednakże to nie utopia i często na naszej drodze spotykamy osoby, które są dla nas „trudne”, z którymi tworzenie wspólnych relacji nie jest łatwe.

Kiedy zaczynam myśleć, że już nieźle potrafię panować nad swoimi emocjami, że mój poziom wewnętrznej równowagi i suwerenności jest niczego sobie, wtedy właśnie przychodzi trudna konfrontacja z drugą osobą, a moja reakcja na konflikt zupełnie mnie zaskakuję i to wcale nie pozytywnie.
Jak zwykle w sytuacjach kryzysowych przychodzi z pomocą Bóg. Tym razem również nie musiałam długo czekać na ustosunkowanie się Pana Jezusa co do mojego zachowania. W ten sam wieczór, czytając Jana od krzyża, usłyszałam „dlaczego zasmuca się mały fakt powiedziany przeciw tobie? Gdyby był nawet większy, nie powinien cię obruszać. Nie będzie to ani pierwszy, ani ostatni raz, kiedy masz do czynienia z takimi sytuacjami”.
Piotr, pytając Jezusa: Panie, ile razy mam przebaczyć, jeśli mój brat wykroczy przeciwko mnie? Dostaje odpowiedź: Nie mówię ci, że aż siedem razy, lecz aż siedemdziesiąt siedem razy” (Mt 18,21-35).
Siedemdziesiąt siedem razy? Ale jak mam przebaczyć skoro czuję tylko gniew, na myśl o wyciągnięciu ręki robi mi się słabo, a przebaczenie jest ostatnią rzeczą, na którą mam ochotę.
Nagle zaczynam rozumieć apostołów stwierdzających, że nauka ich Nauczyciela jest ciężka.

W większości przypadków w sytuacjach konfliktu naszym naturalnym odruchem jest obrona, odparcie ataku, udowodnienie swojej racji, a następnie, wciąż pod wpływem silnych emocji, chęć zadzwonienia do przyjaciela, by się pożalić i poszukać u niego/niej aprobaty naszego zachowania. Jednak reagowanie agresją i wejście w kłótnie, nawet w sytuacjach, kiedy czujesz się zupełnie niesprawiedliwie potraktowany, jest przykładem niskiego stopnia suwerenności w nas, czego przeciwieństwem jest miłość miłosierna, będąca najwyższym stopniem, jaki możemy osiągnąć.
Wbrew naszym naturalnym odruchom to zachowanie milczenia jest najlepszym rozwiązaniem w takich sytuacjach. Nawet gdy czujemy wzburzenie, musimy spróbować powściągnąć siebie i nie dopuścić, by z naszych ust wyszło coś nie uporządkowanego, bo słowa mogą ranić jak ostrze noża, a wypowiedziane raz mogą na zawsze pozostawić w sercu ranę i poważnie naruszyć „bank emocjonalny” między dwojgiem ludzi. I nie chodzi tu o to, by tłumić nasze emocje, wręcz przeciwnie, musimy wejść w głąb uczuć, które się w nas zrodziły.
By to zrobić, autorzy, dla mnie osobiście bardzo cennej książki, „Rozwój, Jak Współpracować z Łaską”, sugerują, by najpierw niejako odseparować się od naszych uczuć. Zachowanie milczenia, usunięcie się z owej sytuacji i danie sobie trochę czasu pozwoli nam na wejście w głąb siebie. Rozpisanie na kartce, jakie uczucia owa sytuacja w nas zrodziła, pomoże zdemaskować mechanizmy obronne, które tym razem zostały uruchomione, by następnie podjąć próbę rozmowy z drugą osobą, w celu poszukania wspólnego rozwiązania.

Wzrost zaczyna się w momencie, kiedy kończy się obwinianie, w momencie, kiedy weźmiemy odpowiedzialność za własne reakcje bez obwiniania otoczenia, trudnych ludzi, pogody czy trudnego dzieciństwa. Jan Paweł II powiedział „Człowiek może czuć różne rzeczy, ale to się nie liczy, chodzi o postawę woli„. Nawet jeśli mam do czynienia z niedoskonałymi ludźmi i trudnymi sytuacjami to o tym, jak reaguje, decyduję tylko ja, ja działam, a nie reaguje. Przez obwinianie i oskarżanie nigdy nie dojrzejemy do poznania siebie, bo nigdy nie wejdziemy w głąb siebie na tyle, by zastanowić się nad swoimi reakcjami. Skoro reagujemy w ten, a nie inny sposób to może to w nas jest jeszcze coś do zrobienia, może są w nas jeszcze jakieś struktury, które potrzebują rozkruszenia. Takie wchodzenie w siebie jest trudne i wymaga niemałej odwagi, bo często niesie ze sobą ból, ale jeśli chcemy wzrastać, to musimy częściowo przekraczać siebie.

Teraz już wiem, że jeśli zdarzają się sytuacje konfliktowe, to dzieje się to dla mojego zbawienia. Osoby dla nas trudne są niejako naszymi terapeutami i błogosławieństwem w naszym życiu, które Bóg stawia na naszej drodze, by pomóc nam zobaczyć co jeszcze jest w nas zepsute, w których miejscach nasze serce jest jeszcze chore, a to wszystko po to, by On mógł nas przemieniać. Pan rozumie moje słabości, bo człowiekiem jestem, a nie Bogiem, ciałem jestem, a nie aniołem, jednak, by współpracować z Bożą łaską musimy przekraczać samych siebie, a tych, co tak czynią, Pan Jezus wyniesie na wyżyny.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *